Dzieje włosów Lyll

U Anwen zauważyłam ciekawe historie – historie włosów jej czytelniczek i sama postanowiłam zrobić coś takiego. Zapraszam do lektury.

 

Jako dziecko miałam, choć niezbyt gęste, to jednak ładne włosy w kolorze blond. Rodzice na ogół obcinali mnie dość krótko – grzywka, z tyłu zachodziły na szyję, z boku często do połowy ucha. 

Kiedy poszłam do szkoły zaczęłam je zapuszczać – były gładkie, lśniące i zaczęły się troszkę ściemniać. Jako, że mama nie posiadała żadnych zdolności fryzjerskich albo nosiłam je rozpuszczone, ale w kucyku lub dwóch kitkach. Żadnych warkoczyków, koczków i tym podobnych. Jednego nie lubiłam – mama zawsze mnie ciągnęła przy czesaniu – używała grzebienia o zgrozo! Swoim dzieciom nie zafunduję takiej katorgi, jeśli kiedyś będę je miała. Przy krótkich włosach, owszem jest on dobry, ale kiedy są już dłuższe niż za ucho i rano poplątane lepsza jest szczotka. I tak sobie je zapuszczałam. Do komunii były ponad ramiona, od czasu do czasu podcinane. Na komunię miałam zrobione loczki – gazetowe papiloty. Wyszły nawet ładnie, więc nie musiałam narzekać. Pamiętam jak koleżanki przechwalały się, że mają umówione fryzjerki. Dla mnie to lekka przesada. Mnie mama zakręciła włosy na papiloty i nie wyglądałam gorzej niż te dziewczynki, które miały jakieś tam koki czy nie wiadomo co na głowie.

Później znów zapuszczałam, ale w piątej klasie kiedy miałam jechać na kilkudniową wycieczkę moja mama stwierdziła, że nie poradzę sobie rano z rozczesywaniem włosów i zaprowadziła mnie do fryzjera. I moje włosy znacznie się skróciły. Ledwie sięgały ramion (niestety na zdjęciach jakie mam z tego okresu nie widać za bardzo włosów, gdyż chowałam je pod czapkami z daszkiem lub chustami).

Na zakończenie szóstej klasy miałam już jednak dość długie – sięgały chyba łopatek byłam z nich zadowolona. Miały ciemny blond lub jasno brązowy kolor, były proste. Na ogół nie sprawiały mi problemów.


Ale w wakacje pomiędzy podstawówką a gimnazjum zaczęło się u mnie boom dojrzewania. A najbardziej zauważyłam to po pierwszym semestrze w 1 gimnazjum. Zaczęły pojawiać się pierwsze krostki, wypryski, cera stała się tłusta, a włosy zaczęły się przetłuszczać i jakby tego było mało ich kolor także się zmienił. Przybrał takiego nieładnego rudawego blasku kiedy stałam w świetle dnia. Z czasem ich kolor przybrał takiej sianowatej barwy. Nie lubiłam go i nadal nie znoszę tej barwy. Odziedziczyłam je po tacie – jedyny plus, to może późno zacznę siwieć, gdzieś koło pięćdziesiątki, tak jak tata – bo to po nim mam włosy, cerę, nawet kształt i kolor oczu. A cerę niestety naczynkową…

W gimnazjum to był dla mnie koszmar – szybko przetłuszczające się włosy, ciągłe wypryski na twarzy. Włosy jednak miałam długie, pod koniec gimnazjum sięgały mi ponad wcięcie w talii – od czasu do czasu ścinane końcówki, jednak nigdy już nie były takie lśniące i gładkie jak w podstawówce. Czasami naprawdę przypominały siano. Nie znałam się na ich pielęgnacji, mama też tak średnio. Nigdy nie miała ze swoimi takich problemów (zresztą od wielu lat nosi je krótko obcięte . Najgorsze były kiedy pojawiał się łupież, ale jakoś zawsze udawało się go zwalczyć – choć zimą zawsze powracał i wciąż powraca. W pewnym momencie poszłyśmy z mamą do dermatologa i dobrze zrobiłyśmy – po roku może dwóch stosowania różnych kremów, spirytusu salicylowego, żeli do mycia i na koniec tabletek jakoś udało mi się pozbyć tych najgorszych wyprysków. Nadal się pojawiają – moja cera ma do nich skłonność, ale są to teraz pojedyncze krostki (na ogół przed okresem bądź tuż po nim – jeden, dwa). Nie udało mi się pozbyć zaskórniaków, ale z nimi zawsze najciężej. Odbiegam od tematu ;)

Na bal gimnazjalny mama zrobiła mi papiloty – tym razem użyła tych plastikowych za radą fryzjerki do której chodziła (dodam, że zajmowała się raczej krótkimi włosami – później już do niej nie chodziłam, znalazłam inną fryzjerkę). Trzymałam je całą noc, a kiedy rano mama mi zaczęła je zdejmować złapała się za głowę. Skręt był bardzo mocny. Włosy do talii sięgały nieco za podbródek. Wystraszyła się i w pierwszej chwili kazała mi je umyć. Ale spokojny tato powiedział, że fryzjerka coś z nimi zrobi – i zrobiła. Przy pomocy wosku wyprostowała je nieco i sięgały prawie łopatek – pod koniec balu skręt prawie się wyprostował.

Pod koniec gimnazjum fryzjerka ścięła mi grzywkę – była koszmarna. Zdaniem mojej mamy nie była taka zła, ale ja jej nie lubiłam. Fryzjerka okropnie ją ścięła.

Kiedy trochę podrosła poszłam gdzie indziej i nieco ją odratowała. Przy okazji trochę je ścięła i końce wycieniowała. 

W liceum wciąż miałam dość długie włosy i grzywkę.

Przed osiemnastką, na początku lutego w drugiej klasie liceum coś mi strzeliło i zapragnęłam się obciąć. No i sobie poszłam do fryzjera. Trafiłam chyba na praktykantkę. Chciałam takie lekko za ramiona, trochę wycieniowane. Ale ona chyba źle mnie zrozumiała, bo mocno je wycieniowała. Przez pierwszych kilka dni nie było tak źle dopóki nie zaczęły się wykręcać – to był dla mnie koszmar – z jednej strony na zewnątrz, z drugiej wewnątrz. Nie miałam wtedy prostownicy, a raczej czekałam na nią. A ze szczotką sobie nie radziłam. Znienawidziłam taką fryzurę. W dodatku źle w niej wyglądałam. Mam zbyt okrągłą buzię do takiego cięcia. Pozwoliłam im rosnąć.

W sierpniu był ślub brata no i chciałam mieć je upięte. No więc zapuszczałam, ale średnio o nie dbałam. Jakoś nie zwracałam na to nigdy uwagi. Jeśli jakiś szampon się naprawdę nie nadawał to kupowałam inny, a tamtego używała mama. Odżywek praktycznie żadnych nie używałam, od czasu od czasu coś tam rodzice kupili więc się trochę nakładało – ale naprawdę rzadko. Do sierpnia sięgały ramion, te dłuższe. No i mama stwierdziła, że jestem już na tyle duża, że mogę zrobić sobie blond pasemka. Pomyślałam wtedy hurra, będę mieć farbę na włosach jak inne dziewczyny.

I od tamtego czasu moje włosy są farbowane. Na początku były to blondy – co dwa, trzy miesiące, a czasami dłużej – na ogół na jakieś ważniejsze imprezy – wesela kuzynek na przykład. Od tamtego czasu ciągle je zapuszczałam i na maturze miałam już dość długie, sięgały za łopatki a może i ciut niżej, a raczej na pewno.

Przyszły wakacje po maturze i pierwsza praca – co kilka miesięcy farbowałam na blondy, czasem podcinałam końcówki.

Tu widać moje naturalne włosy i część zafarbowanych.

Później znów mi coś strzeliło, niecały rok później i się obcięłam, ale cieniowanie było zbyt mocne (znów, przez co włosy nie chciały się układać). No to znowu zapuszczałam, gdzieś w okolicach drugiego roku przefarbowałam się na ciemno, na chrzciny chrześnicy. Niestety nie mam zdjęcia. Około miesiąca później poszłam do fryzjera i podcięłam włosy równo – do ramion. 

Pewnie podcięłam końcówki wtedy ze dwa razy i ufarbowałam je też ze dwa-trzy razy na brązy, ale niezbyt ciemne. Potem przyszła kolej na grzywki. Niesymetryczne, tym razem. I w wakacje pomiędzy drugim a trzecim rokiem wyglądały tak (nie wiem dlaczego ale na pierwszym zdjęciu włosy wydają się być nieco bordowe): 

W grudniu 2011 mogłam się już pochwalić włosami prawie do łopatek i prostą, ale ładnie układającą się grzywką. 

Koło kwietnia je podcięłam, zdjęcie z maja, gdzie widać już spory odrost i wypłukanie farby na odrostach. Wtedy farbowałam bodajże już ciemnym brązem. I znów zapuszczałam. Na obronę licencjata sięgały gdzieś okolic łopatek, może trochę niżej. Końcówki były dość zniszczone. Na obronę zafarbowałam je szamponetką.

Tak więc po obronie poszłam i znów się obcięłam. Tym razem wybrałam boba z prostą grzywką. Bez cieniowania. I ufarbowałam się na czarno. 

Kiedy tak patrzę na te zdjęcia to doszłam do wniosku, że w czerni wcale tak dobrze nie wyglądałam. Zwłaszcza, że mam bladą karnację i już od kilku lat nie mogę się latem dobrze opalić (choć nie wyleguję się godzinami na słońcu, bo tego nie lubię). No i szybko było widać odrost, który przy ciągłych farbowankach przybladł.

No i znów pomyślałam – zacznę je zapuszczać, ale o zgrozo nie dbałam o nie zbytnio. Szampon, odżywka (i to ze dwa razy na tydzień) i już.

W okolicach gwiazdki pomyślałam, że sobie je rozjaśnię – do czego muszę się przyznać. Wtedy zaczęłam przeglądać różne strony z urodą i znalazłam gdzieś sposób na domowe rozjaśnienie – kąpiel. Trochę je rozjaśniłam, najbardziej na odrostach niestety, ale już wiem jaki błąd popełniłam. Dodałam za dużo wody i ciecz była zbyt rzadka. No i powinnam zacząć od końcówek. Włosy nie zniszczyły mi się bardziej, ani nie wypadło ich więcej niż zwykle, dodałam sporo odżywki. Zawsze miały skłonność do rozdwojeń, co teraz wiem, że można z tym walczyć. Nie mam zdjęć z tamtego okresu. W połowie stycznia znów zafarbowałam je ciemnym brązem Garniera Color Sensation. Lubiłam jego zapach.

Od tamtego czasu już ich nie farbowałam. Mam już sporawy odrost, ale postanowiłam, że muszę je rozjaśnić, choć nigdy nie do jakiegoś platynowego blondu, broń Boże! W ciepłych brązach pewnie mi najlepiej. W tym zbyt ciemnym kolorze nie jest mi dobrze. No i w końcu zaczynam dbać o włosy. Sporo poczytałam i wciąż czytam.

Obecnie moje włosy z przodu, te najdłuższe mają długość 36cm. Niedługo pójdę podciąć końcówki. Na szczęście ta fryzjerka wie że 1cm to 1cm, a nie 5cm, więc nie zetnie mi ich nie wiadomo ile.

 

Na pierwszym zdjęciu niezbyt wyraźnie widać włosy, ale z przodu są najciemniejsze. natomiast zdjęcie 2 (połączone dwa) to zdjęcie moich włosów kiedy schyliłam głowę w dół – widać, że są podniszczone i suche no i mają wyblakły kolor od spodu.

Zaopatrzyłam się w kilka specyfików, czyli:

  • mgiełkę wzmacniającą i odżywkę-wcierkę z Radical (Farmona),
  • nową odżywkę z Isany (różową),
  • maskę do włosów (Elseve), co prawda nie taką jak rekomendują włosomaniaczki, ale na razie ta mi wystarczy,
  • odżywkę w spray’u do zniszczonych włosów z Isany.

Dodatkowo zaczęłam pić siemię lniane oraz ze dwa razy na tydzień używam tego żelu z siemienia jako odżywki. Chciałam zrobić sobie płukankę z octu ale wyczytałam, że zatrzymuje na dłużej farbę na włosach, a ja chcę się swojej pozbyć.

Fryzjerka poradziła mi robić płukanki z rumianku i myć w szamponie rumiankowym z Evy z dodatkiem cytryny.

Co teraz robię dla włosów:

  • nie trę już włosów ręcznikiem, staram się tylko je lekko wygnieść,
  • nie myję już samym szamponem i zwracam większą uwagę na skład szamponów i odżywek,
  • muszę kupić ręcznik z mikrofibry, bo wiem, że ten z frotte jest dla nich szkodliwy,
  • robię płukanki (na razie rumiankową),
  • stosuję metodę OMO (odżywka-mycie-odżywka) lub MO (mycie-odżywka),
  • wcieram odżywkę z Radical w skalp (na ogół po południu lub wieczorem),
  • pryskam mgiełki od uszu w dół na zniszczone i przesuszone końce,
  • niestety nie jestem w stanie zrezygnować z suszarki – myję głowę prawie codziennie, chyba, że siedzę w domu – ale staram się używać ostatnio tego chłodniejszego nawiewu i najmniejszej prędkości,
  • staram się ich zbyt często nie męczyć piankami czy lakierem, choć czasem muszę, ale teraz już rzadziej bo są dłuższe, tylko ta grzywka, którą zapuszczam nie zawsze chce mnie słuchać;) – ogólnie to używam taniego lakieru z Biedronki i o dziwo jest dość łagodny, a włosów mi nie skleja (no chyba że gdzieś za dużo prysnę lub za blisko, ale teraz już się nauczyłam i mi ich nie skleja tylko lekko podtrzymuje),
  • bardzo rzadko je tapiruję, czasem tę nieszczęsną grzywkę, choć znalazłam już w Internecie ciekawą metodą, która podnosi grzywkę bez jej tapirowania,
  • nie jestem w stanie zrezygnować ze wsuwek – kiedy będą dłuższe to na pewno nie będą mi już tak często potrzebne,
  • no i często je związuję – nie używam jednak gumek z metalowymi łącznikami, gdzieś tam jeszcze kilka mam, ale na ogół używam ich do czegoś innego; jakiś czas temu kupiłam fajny zestaw czarnych i białych gumek w Naturze (niestety już ich nie widziałam) – dobrze trzymają włosy, są niezbyt grube i nie mają żadnych metalowych części,
  • ach i właśnie – zaczynam olejować włosy – zaczęłam od oliwy z oliwek, a później się zobaczy.

Zacznę robić zdjęcia z tyłu, żeby było widać włosy – będę musiała zapewne poprosić brata przy fotografowaniu ;) Macie jakieś pytania? A może porady? Chętnie wysłucham :)

5 centymetrów na sekundę

Obejrzałam anime pod tytułem „5 centymetrów na sekundę” i muszę powiedzieć, że bardzo mi się podobało. Jest dość krótkie – coś koło godziny, jeden odcinek. jest trochę smutne, zwłaszcza na końcu, ale ma jakiś taki klimat. Dobrze się ogląda. No i ta piosenka na końcu – cudowna! Polecam :)

Wiosno, gdzież ty się podziewasz?

– Ja chcę ciepłą wiosnę – Jusia przytupuje nogą i z obrażoną miną spogląda przez okno. Był 21 marca, czyli kalendarzowy dzień wiosny, a za oknem oto proszę państwa padał śnieg. Na dworze było biało, szaro i ponuro. Zmarznięty deszcz, brudne kałuże po śniegu z deszczem. Śnieg nawet nie nadawał się do lepienia bałwanów – był po prostu mokry i nijaki. Dziewczynka z niechętną miną przyklapnęła obok okna. Co z tego, że już słyszała ćwierkające ptaszki, co z tego, że kilka dni temu było już ładnie i zapowiadała się prawdziwa wiosna, kiedy znów zaczął sypać śnieg, a potem śnieg z deszczem. I znów śnieg. I nie było wcale cieplej. A Jusia już tak bardzo chciała wiosnę, a najlepiej to już lato – będzie można pobawić się w piaskownicy, jeść lody, pływać na odsłoniętym basenie i biegać po dworze nie bojąc się, że dostanie się katar albo, że następnego dnia będzie się chorym.
– Wiosno, gdzie ty się podziewasz? Chyba o nas nie zapomniałaś, co? – zapytała cichutko w przestrzeń. – Jak do nas zawitasz to narysuje ci piękny obrazek!
I tak, mała Jusia czekała i czekała, aż zmorzył ją sen a w świetle ulicznych latarni widać było spadający śnieg…
(źródło: własne)

Paznokcie to taka zmora :/

Nie ma pomysłu na nazwę postu Niepewność

Może zacznę od tego, że od małego obgryzałam paznokcie przez co dostawałam po rękach od mamy…i taty ;P Co najśmieszniejsze moja mama także obgryzała, obgryza i obgryzać pewnie będzie nadal  (choć ostatnio jakby mniej intensywniej). Miałam słabe, nieładne, rozdwajające się paznokcie. W gimnazjum (nie pamiętam w której klasie) ciągle tymi paznokciami zahaczałam ubrania przez co się denerwowałam. I powiedziałam sobie STOP! Pora skończyć z tymi brzydkimi i obgryzionymi paznokciami.  Jakoś dałam radę – o dziwo bez żadnych odżywek, nacierania, malowania śmierdzącymi lakierami.  Nie wiem jak tego dokonałam, ale najwidoczniej nie byłam jeszcze na takim etapie obgryzania, że siłą mi dłonie trzeba by odciągać od ust xD

Obgryzać przestałam i pozwoliłam im rosnąć. Piłowałam je niezdarnie pilnikiem o zgrozo! metalowym brrr Aż do dziś mam ciarki. Co najgorsze robiłam to bo moja mama tak robiła. Powielanie schematu… Wtedy nie wiedziałam, że są najgorsze dla paznokci. No ale w liceum zaczęłam już piłować papierowym, takim najtańszym.

Moje paznokcie nigdy nie były twarde i nadal nie są. Jednak w przeciągu kilku lat nieco zmieniłam ich pielęgnację, a ostatnio bardziej drastycznie. zawsze miałam nierówną płytkę paznokcia ale myślałam, że to normalne. od jakiegoś czasu zaczęłam przeglądać przeróżne stronki o urodzie i dbaniu o siebie. Wizaz.pl; anwen.pl i kilka innych oraz oczywiście youtube.pl

A zaczęło się od szukania różnych wzorków na paznokcie, fryzur i makijaży. Wcześniej jakoś dawałam sobie radę sama, teraz wiem ile błędów popełniałam. I pewnie nadal kilka by się znalazło, ale wiadomo, że starych nawyków ciężko się pozbyć.

Na pierwszych latach studiów uwielbiałam malować sobie wzorki – nie zawsze wychodziło i na ogól te najprostsze, ale koleżankom zawsze się podobały. denerwowało mnie natomiast to, że szybko się łamały, a krótkich nie cierpię, tym bardziej że przez obgryzanie ich „wolna strefa”(czyli ta część blado-kreomo-różowa) sporo się skrócił. Nadal się łamią, ale rzadziej i mogę je nawet sporo zapuścić. Piłowałam je papierowym pilnikiem, a skórki wycinałam. Od niedawna jednak kupiłam sobie taki pilnik z Essence 6w1 i muszę stwierdzić, że moje paznokcie są teraz o wiele ładniejsze!

Po pierwsze łatwiej mi się je skróciło i nadało odpowiedni kształt. Nie mam już zadziorków, a po wygładzeniu i wypolerowaniu są w końcu gładkie i pięknie błyszczą! Non stop ich dotykałam – nie mogłam się nimi nacieszyć xD Później natarłam dłonie oliwa z oliwek – po zimie mimo iż je smarowałam kremami skóra się przesuszył. od razu widać poprawę. Teraz będę częściej nią smarować dłonie i paznokcie. jako, że chcę dam im trochę odpocząć od lakierów użyłam zwykłej odżywki wapniowej z Palomy. na ogól nie byłam z niej zadowolona – po jednym dniu zdrapywał się sam. Koszmar. Ale teraz posmarowałam dwie warstwy i zobaczę ile teraz mi wytrzymają. Jak będą to 3 dni to będzie rewelacyjnie :)

Na dziś to tyle.  Postaram się także wrzucać zdjęcia: produktów, które kupiłam, moich włosów i paznokci.

Do następnego!

Bo początki są najgorsze…

Witajcie :)
Bo jak wiadomo początki są najgorsze i nie mówię tu o pisaniu blogów – zdarzyło mi się ich pisanie (większość usuniętych, został jeden plus jego podstrony). Na ogół szybko mi się nudziły. Nie wiem też jak długo ten zostanie. Na razie mam dobre chęci :)
Od razu mówię, że nie jestem żadną włosomaniaczką ani znawcą z zakresu urody itp. itd. Po prostu postanowiłam, że gdzieś zacznę spisywać swoje wysiłki z rozpoczęciem dbania o włosy, paznokcie i tak dalej. Mam już 23 lata więc dość późno się za to zabieram, ale lepiej później niż wcale.
Jako że zwykły brudnopis jest nudny będę pisać na blogu xD
Tak więc, zaczynamy.
Ready!…1…2…3…START!